Zielona Małpa: 2015

środa, 30 grudnia 2015

Czekoladoholiczka na spacerze

W ramach konkursu, o którym wspomniałam w poprzednim poście, postanowiłam zrobić coś kreatywnego.

Czekolada, każda, poza białą, zasługuje moim zdaniem na peany i przecudowne pieśni na jej cześć. Niesie ona ze sobą radość i poczucie bezpieczeństwa. A przynajmniej ja ją tak odczuwam.

W związku z konkursem nagrałam razem z moim chłopakiem filmik. Jestem główną i jedyną bohaterką. Przepraszam. Ja i czekolada Terravita. Razem wybrałyśmy się na spacer po pięknym Wrocławiu. Przed kamerą czuję się trochę nieswojo, ale starałam się dać z siebie wszystko.

Chciałam pokazać, że czekolada może być dodatkiem do prawie każdej czynności. Jest dość poręczna, więc zawsze zmieści się do torebki i łatwo po nią sięgnąć, by dodać sobie odwagi, zasmakować czekoladowej słodyczy w każdym miejscu, czy też osłodzić sobie oczekiwanie w kolejce.


Założenia miałam nieco inne, myślę jednak, że się Wam spodoba.

Ten wpis bierze udział w konkursie "Terravita zawsze ze mną" organizowanym przez platformę zBLOGowani.pl


zBLOGowani.pl

niedziela, 27 grudnia 2015

Terravita - zawsze ze mną!

Kiedy myślę o moim dzieciństwie, widzę dwie wersje siebie. Jedna to mała, szczerbata wiercipięta biegająca po podwórku, z wiecznie zdartymi kolanami i brudnymi rękami. Druga to nad wyraz spokojna, czyściutka dziewczynka, siedząca w swoim wygodnym fotelu (tym samym, co teraz), czytająca kolejną książkę i zagryzając herbatę czekoladą.
Najlepszym i najczęstszym prezentem na święta, czy urodziny, była właśnie pyszna czekolada i ciekawa książka.


Obecnie najczęściej jem czekoladę do popołudniowej kawy i przed każdym kolokwium. Założę się, że kilka kostek skonsumuję również tuż przed moją obroną.

Uwielbiam dźwięk otwieranego opakowania z czekoladą. Nieistotne, czy to klasyczne opakowanie ze sreberkiem, czy takie z miękkiej folii, które otwiera się jak duży batonik. Muzyka dla moich uszu. Z resztą, widać to na powyższym obrazku.

Nie od dziś wiadomo, że czekolada ma różne pozytywne właściwości. Dla osób, które piją dużo kawy i jedzą dużo czekolady, dobrą wiadomością jest to, że czekolada zawiera w sobie (w zależności od rodzaju) stosunkowo duże ilości magnezu, który kawa wypłukuje z organizmu. Szczególnie duże jej ilości. Niedobór magnezu wiąże się ze skurczami, niewyspaniem i podenerwowaniem. Również z omdleniami, jak się w moim przypadku okazało.

Czekolada sprawi, że będziesz szczęśliwy. Zawiera związki, które zwiększają produkcję hormonów szczęścia. Oczywiście nie należy z tym przesadzać, bo kiedy się przytyje od obżarstwa, wcale się szczęśliwym nie będzie.



Moją ulubioną czekoladą jest taka z dużą zawartością kakao, czyli popularnie gorzka czekolada. Kiedy tylko zobaczyłam, że Terravita wypuściła nową serię czekolad gorzkich z nadzieniem, nie mogłam im oprzeć się i zakupiłam kilka z nich. Szczególnie upodobałam sobie dwa smaki: czekolada 70% cacao z crunchy i owocami oraz czekolada 70% cacao nadziewana wiśniowa.

Powyższe gify zostały wykonane przeze mnie i są moją własnością.



Dla zainteresowanych: jest konkurs, w którym można wygrać ciekawe nagrody. Serdecznie zapraszam do wzięcia udziału. Poniższy baner skieruje Was do strony z zasadami konkursu. Jest jeszcze czas do czwartku, więc spokojnie można wyrobić się przed imprezowym Sylwestrem!
zBLOGowani.pl

wtorek, 22 grudnia 2015

Świąteczni ulubieńcy

Zainspirowana tym, że dużo osób dodaje na swoich blogach wpisy o ulubionych filmach, piosenkach, czy książkach na święta, sama postanowiłam przedstawić Wam moją świąteczną playlistę!

FILMY
Kilkanaście lat temu wpisałabym na tę listę filmy takie jak: Kevin sam w domu, Kevin sam w Nowym Yorku, W krzywym zwierciadle: Witaj, Święty Mikołaju i Edward Nożycoręki. I choć dwa ostatnie filmy chętnie obejrzałabym ponownie, ponieważ od lat po nie nie sięgałam, to na Kevina raczej nie mam ochoty mimo równie długiej przerwy.

Te święta (This Christmas) 2007
Rodzina Whitfieldów spotyka się na święta w pełnym składzie po raz pierwszy od czterech lat. W tym czasie wiele się zmieniło. Co wyniknie z tego spotkania?
Ten film po raz pierwszy zobaczyłam w telewizji, kiedy odwiedzaliśmy rodzinnie rodzinę brata mojego taty na święta. Urzekła mnie familijna atmosfera i wzajemne stosunki poszczególnych bohaterów. Serdecznie polecam osobom, które chciałyby poczuć atmosferę świąt w afroamerykańskiej katolickiej rodzinie.


Nie ma jak święta (Nothing like the Holidays) 2008
Główny wątek bardzo podobny do poprzedniego filmu, ale tym razem w rodzinie latynoskiej. Trochę inne problemy, inne ich rozwiązanie i zakończenie. Polecam ze względu na rodzinną atmosferę.


Grinch: Świąt nie będzie (How the Grinch stole Christmas) 2000
Ten film zna chyba każdy. Ktosiowo przygotowuje się do Bożego Narodzenia. Prezenty, ozdoby, miłe słowa. Zielony samotnik, Grinch, który zamieszkuje jaskinię w pobliskiej górze, próbuje zniszczyć święta mieszkańcom.
Film ten lubię ze względu na przesłanie, jakie ze sobą niesie, czyli, że każdy ma w sobie zalążek dobra. Nieważne jak zły i oschły się wydaje. Trzeba go tylko wydobyć.



MUZYKA
W tym dziale mogłabym napisać pełno piosenek, które wprawiają mnie w nastrój świąteczny. Wybiorę kilka z nich.

Driving Home for Christmas - Chris Rea
Kojarzy mi się z powrotem na święta do domu i spotkaniem z całą rodziną. Teraz ma szczególne znaczenie, gdyż studiuję i w domu jestem naprawdę rzadko. Plus ten przepiękny głos - rozmarzyć się można...

Have youself a merry little Christmas - Frank Sinatra

Ten utworek lubię w wielu wykonaniach, jednak moim ulubionym jest właśnie to powyższe. Preferuję nieco starszą muzykę na święta, nowe piosenki rzadko mają w sobie "to coś".

Let it snow - Dean Martin
Aż chciałoby się, aby spadł biały śnieg i pokrył wszystkie brudy na ulicach. Wtedy pewnie świąteczna atmosfera dopadłaby każdego bez wyjątku! Przepiękny utworek.

KSIĄŻKI
Rzadko czytam książki w okresie świątecznym, ponieważ najzwyczajniej nie mam na to czasu. Trzeba w końcu pomóc mamie w przygotowaniach, potem odwiedzić całą, bardzo liczną rodzinę i już jest po świętach. W tym roku wyjątkowo muszę przysiąść przy podręcznikach akademickich, aby w styczniu obronić się na piątkę, więc to głównie takie książki będą mi towarzyszyć.

Królowa Śniegu - Hans Christian Andersen
Piękna baśń, którą lubię od dzieciństwa. Trochę mi tylko smutno, że nie powstał żaden dobry film, który pokrywałby się z tą historią. Kraina lodu to przyjemny film, inspirowany Królową Śniegu, ale każdy oceni, że ta inspiracja jest bardzo luźna.
Myślę, że znajdę czas na przeczytanie jednej baśni w te święta.


Opowieść wigilijna - Charles Dickens
Opowiadanie, które większość przerabiała pewnie na języku polskim w szkole. Ma jednak ten potencjał, by przeczytać ją również samodzielnie i z własnej woli. Ciekawe są również adaptacje filmowe w różnych wersjach, niekoniecznie bożonarodzeniowe. Ale oryginalne opowiadanie zawsze będzie najlepsze.

Morderstwo w Boże Narodzenie - Agatha Christie
Tym razem powieść. Rodzina przyjeżdża na święta do domu rodzinnego, a senior rodu zostaje zamordowany. Hercules Poirot, który również został zaproszony, prowadzi śledztwo i odkrywa mordercę. Polecam!


Z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia chciałabym wszystkim razem i każdemu z osobna życzyć przyjemnych, rodzinnych świąt w dobrej atmosferze. Życzę również wielu prezentów pod choinką i uśmiechu na twarzach bliskich, kiedy dostaną Wasze prezenty. Nie przejedzcie się, ale najedzcie i oby wszystkie smakołyki na stole nie spowodowały nagłego przybrania na wadze. Wesołych Świąt!

Pozdrawiam,

Zielona Małpa

czwartek, 17 grudnia 2015

Za słodkie ciasta

Kiedyś w liceum próbowałam poderwać pewnego chłopaka. Po kilku próbach uznałam, że skupię się na swoich umiejętnościach. Nasza rozmowa zeszła na tematy związane mniej lub bardziej bezpośrednio związane z jedzeniem.
- Wiesz, umiem piec ciasta, ciasteczka, pierniki, muffinki. Mam nadzieję, że lubisz - powiedziałam z lekkim uśmiechem.
- Nie, są dla mnie za słodkie - odpowiedział, po czym wziął kolejnego gryza (wcale nie słodkiego) Snickersa.

niedziela, 13 grudnia 2015

Przedświąteczne obserwacje

Staram się unikać centrów handlowych w weekendy, a szczególnie w niedziele, a jeszcze szczególniej w okresie przedświątecznym. Odrzucają mnie tłumy i kilkunastometrowe kolejki. Kasjerki uwijają się jak mogą, ale nie są w stanie nadążyć za taką ilością klientów. Wszędzie czuć ten nieprzyjemny smrodek potu zmieszanego z tanimi perfumami. Do tego ta beznadziejna sklepowa muzyka, nawet pastorałki w tej wersji trudno znieść. Ból głowy murowany.

Dzisiaj do Wrocławia przyjechali moi rodzice z bratem. Przyjeżdżają tak co roku w grudniu, aby zobaczyć Jarmark Bożonarodzeniowy na rynku. Mama stwierdziła, że musi znaleźć spodnie i buty dla mojego brata, więc bez centrum handlowego się niestety nie obeszło.

Udało mi się znaleźć bardzo uroczą kurtkę zimową w kolorze granatowym i przystępnej cenie. I to duży plus.

Ostatnio chodzę do centrum handlowego zawsze w tygodniu, Muszę jeszcze kupić prezenty dla rodziców na święta. Przy okazji szukam dla siebie ładnego portfela, bo w ciągu ostatnich dwóch lat przybyło mi tyle różnych kart, że obecny portfel już ich nie mieści. Niestety nie umiem znaleźć takiego, który mi odpowiada.

Zauważyłam kilka rzeczy, kiedy tak przemierzałam ścieżki między półkami i wieszakami.

Większość ludzi jest wyraźnie znudzona, zmęczona, nie zainteresowana. W dodatku taki natłok ludzi sprawia, że nie da się iść normalnie. Trzeba się kiwać jak rastafarianie i chodzić wolno jak zombie. A i to nie gwarantuje, że nie oberwie się od kogoś z łokcia. Nie da się spokojnie pooglądać kosmetyków w drogerii, a chamstwo, o którym kiedyś pisałam, osiąga wyżyny. Kto nie wie, to chodzi o chamskie otwieranie produktów "żeby wypróbować", choć obok leży tester. Bardzo częste i nieprzyjemne zjawisko.

Dzieciaki są wyjątkowo głośne i nieznośne. Krzyki, wrzaski, płacz. Za każdym razem. Za dużo ludzi, duchota, głośno. Nie dziwię się.

W każdym sklepie są przeceny, ale mimo wszystko jest tam drogo. Więc chyba to zawyżanie cen przed przeceną jest prawdą.

Wszędzie jest pełno ozdób świątecznych, światełek, bombek i muzyki. Przesyt.

Co do jarmarku, to polecam każdemu, ale nie w weekend. Poruszaliśmy się w żółwim tempie. Niektóre stoiska mnie urzekły. Szczególnie to z mydłami marsylskimi. Przepiękne zapachy! Zaskoczyły mnie również czekoladowe wyroby w kształcie różnych narzędzi stylizowanych na zardzewiałe. Wyobraźcie sobie klucz francuski z czekolady w naturalnych rozmiarach, którego nie da się rozróżnić od prawdziwego. No właśnie.

Życzę miłego tygodnia!
Zielona Małpa

piątek, 11 grudnia 2015

His name is Bond, James Bond

Jestem ogromną fanką filmów o Jamesie Bondzie. Widziałam wszystkie filmy do Casino Royale włącznie. Nowszych nigdy nie oglądałam.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Seriale lat 90. moimi oczami

Uwielbiam seriale lat 90. Wśród moich ulubieńców znajduje się Z archiwum X, Przyjaciele, Buffy - postrach wampirów, i Organizacja Śmierci, czyli Millennium (które dopiero zaczęłam). W planach pojawił się też serial Diagnoza: Morderstwo, który nie jest zbytnio znany, ale dam mu szansę po obejrzeniu filmu o tym tytule, kiedy skończę już Millennium i Samotnych Strzelców, którzy nie łapią się już na lata 90., ale są spin-offem Z archiwum X, więc jest to dla mnie serial, który koniecznie muszę obejrzeć.

sobota, 5 grudnia 2015

Lodowa przygoda

Lubię jesienne poranki. Lubię, gdy budzę się, a za oknem jeszcze ciemno. Jeszcze lepiej, gdy za oknem gęsta mgła. Kilka dni temu był właśnie taki poranek - zimny, mglisty, nie widziałam nawet dźwigów stojących jakieś 150 metrów od mojego okna.

Lubię takie poranki, bo nie wiadomo jak potoczy się dzień. Będzie on niespodzianką. Nie wiadomo, czy będzie ciepło, czy zimno, będzie padał deszcz, albo nie spadnie ani kropla. Nie wiadomo nawet,czy słońce wychyli się zza chmur.

Dzisiaj pogoda wydaje się zachęcająca, by wyjść na spacer - słońce ładnie przebija się przez nieliczne chmurki, ludzie chodzą bez czapek i ciśnienie nie przyprawia mnie o ból głowy. Myślę, że namówię mojego chłopaka na spacer po jakimś parku.

Przedwczoraj mieliśmy naszą trzecią rocznicę. Aż trudno uwierzyć, że to już trzy lata razem. Dopiero co się poznaliśmy. Z tej okazji poszliśmy na lodowisko. Nie miałam założonych łyżw od jakichś 7 lat. Ostatni raz, jak wybieraliśmy się ze znajomymi na łyżwy, wylądowaliśmy w kinie na Avatarze. Wejście na lód i pierwsza minuta na nim były prawdziwą walką o równowagę. Na szczęście szybko opanowałam dobrą postawę i trochę sobie pośmigałam. Niestety nadal nie umiem hamować. Zaliczyłam jednego orła.

Polecam każdemu wybrać się na łyżwy. Świetna zabawa. Jeżeli kiedyś jeździłaś, bądź jeździłeś na łyżworolkach, to jazda na łyżwach nie będzie taka trudna. Z resztą, przewracanie się na lód też może być dobrą zabawą. Trzeba tylko uważać na bardzo zaawansowanych i bardzo początkujących łyżwiarzy, gdyż to oni najczęściej powodują lądowania na lodzie. 

Pozdrawiam,
Zielona Małpa

poniedziałek, 30 listopada 2015

Adwentowe wspomnienia

Mam za sobą ciężki tydzień. Głównie z powodu kolokwium, które miałam w piątek o 7:30. Oraz przez śmieszne problemy znajomych związane z oddaniem projektów inżynierskich do sprawdzenia, co stresuje mnie dodatkowo. Z tego powodu nie miałam ochoty, ani weny pisać w zeszłym tygodniu, za co bardzo przepraszam.

Zaczął się adwent. Okres, który w moim dzieciństwie odgrywał ogromną rolę. Przygotowywał mnie i nakręcał na święta Bożego Narodzenia.

Dobrze pamiętam roraty, czyli codzienne msze w okresie adwentu, na które chodziło się z lampionami. Tuż przed mszą (w mojej miejscowości zawsze wieczorem) dzieciaki w młodszym wieku, takie do trzeciej klasy podstawówki, ustawiały się w wężyk przed jednym z bocznych ołtarzy za ministrantem z krzyżem. Przed rozpoczęciem mszy cała ta gromada, wraz z księdzem i dwoma innymi ministrantami na czele, szła w procesji wzdłuż ścian kościoła. Na końcu ustawiali się wzdłuż siedzisk ministrantów - dziewczyny po lewej, a chłopcy po prawej stronie ołtarza.

Mój lampion zrobiony był z papieru przez moją mamę. Prostokątny, z powycinanymi kształtami, takimi jak gwiazdki, aniołki, kwiatki, a te wycięte otwory podklejone były kolorową bibułą. Oświetlenie zrobił mój tata z żarówki, kabla, rurki i włącznika. Zawsze trochę zazdrościłam koleżankom, które miały piękne, kolorowe i błyszczące lampiony prosto ze sklepu. Ale w końcu doceniłam mojego, bo wszystkie inne psuły się po kilku mocniejszych szarpnięciach, a mój świecił ciągle.

Nasz ksiądz zawsze organizował Świętego Mikołaja dla dzieciaków w okolicy 6. grudnia. Do tej roli zapraszał zawsze swojego znajomego z Opola, który wspaniale sprawdzał się w tej roli. Każde dziecko dostawało paczuszkę ze słodyczami. Dodatkowo można było zdobyć różne nagrody za odwagę, wystarczyło zaśpiewać jakąś kolędę, albo powiedzieć wierszyk. Miałam dwa popisowe kawałki, z którymi zawsze (co roku) występowałam. Wychowałam się na śląsku opolskim, oglądając prawie wyłącznie niemiecką telewizję, więc obie piosenki są po niemiecku właśnie.




Pierwsza z nich to kolęda, która jest tak przepiękna i wspaniała, że pozostała moją ulubioną kolędą po dziś dzień. Opisuje zimowy krajobraz, z przemarzniętym jeziorem i błyszczącym śniegiem. Druga to dziecięca piosenka o Świętym Mikołaju i radości z jego przyjścia.

Zaraz po roratach w salce katechetycznej odbywały się gry i zabawy z panem, który był Świętym Mikołajem (oczywiście już bez przebrania).

Na roraty przychodziło się z całym zestawem: lampion, bądź świeczka (dla starszych dzieciaków), serduszko z dobrym uczynkiem, karteczka z odpowiedziami, kartka i długopis.

Przed kościołem stał ministrant, który rozdawał dzieciakom karteczki, które się zbierało, a na końcu trzeba je było przykleić na odpowiednią matę, którą też się dostawało, najczęściej w ostatnim tygodniu rorat. Na tych karteczkach z jednej strony był jakiś obrazek, a z drugiej jakieś dwa lub trzy pytania. W czasie kazania ksiądz opowiadał na temat związany z obrazkiem i trzeba było wyłapać odpowiedzi na pytania. Do tego przydawał się długopis i kartka. Na kolejne roraty przynosiło się ładną podpisaną imieniem i nazwiskiem karteczkę z odpowiedziami na pytania z poprzedniego dnia i wrzucało się do koszyczka stojącego w kościele.

Przygotowywało się również karteczki w kształcie serduszek, na których pisało się jakiś dobry uczynek, który się danego dnia zrobiło. Wrzucało się je do drugiego koszyczka.

Na koniec każdych rorat ksiądz losował po kilka karteczek z odpowiedziami i kilka serduszek. Szczęśliwcy otrzymywali drobne prezenty od księdza w postaci ślicznych aniołków, papierowych stajenek i rożnych podobnych. Mi udało się nazbierać jakieś 30 aniołków w kilka lat. Dzisiaj ta kolekcja jest już uszczuplona, gdyż porozdawałam część znajomym i kuzynkom.

Bardzo dobrze wspominam te czasy, bo cała ta otoczka pozwalała nakręcić się na święta, które dzięki całej swej otoczce były bardzo klimatyczne. Gdybym mogła, pewnie wróciłabym tam na chwilę, aby przynajmniej poczuć to oczekiwanie, wygrać aniołka, zaśpiewać przed całą wioską kolędę i beztrosko wrócić do domu.

A jak Wy wspominacie adwent z dzieciństwa?

Pozdrawiam,
Zielona Małpa

piątek, 20 listopada 2015

Osobiste gratulacje

To był dość szalony tydzień.

We wtorek na seminarium dyplomowym przedstawiałam przebieg mojej pracy inżynierskiej. Miałam bardzo dobrze przygotowane wystąpienie, więc nie stresowałam się jakoś znacząco. Kiedy nadeszła moa godzina, podeszłam na podwyższenie, podłączyłam się do komputera i zaczęłam mówić. Początkowy stresik szybko minął, w końcu mówiłam o czymś, czym zajmowałam się przez ostatnie pół roku, a prezentację przygotowałam wystrzegając się większości błędów moich poprzedników. Trzymałam się planu, nie wtrącałam niepotrzebnych informacji, byłam wyprostowana, mówiłam wyraźnie i zmieściłam się w przeznaczonym czasie.




Wiem, że temat był trudny dla większości kolegów, chyba też dla prowadzącego, jednak miałam wrażenie, że wykonałam kawał dobrej roboty. Na końcu prowadzący stwierdził, że "Pani w swoim projekcie wzbudziła cząsteczki, a we mnie wzbudziła Pani podziw Pani prezentacją". I od razu dostałam piątkę, co u tego profesora jest nie lada wyzwaniem. Nosiło mnie do końca dnia.
Po seminarium poszłam z koleżanką z roku do gabinetu tego profesora, ponieważ zostałyśmy przez niego wyznaczone, do przejrzenia tematów, albo inaczej zagadnień, obowiązujących na obronę w styczniu. Istnienie tych zagadnień to kolejna dobra wiadomość, ponieważ w tym roku zmieniają się zasady związane z uzyskaniem tytułu inżyniera.

Zaraz po tym poszłam do mojego promotora, ponieważ chciałam omówić z nim ostatnie pomiary i wyniki, które w ich wyniku uzyskałam. Zadzwonił telefon, promotor odebrał, pogadał przez pół minuty, odłożył słuchawkę i uśmiechnął się. "Profesor P. właśnie dzwonił, aby mi pogratulować Pani wystąpienia". Ale się zdziwiłam! Jeszcze nie słyszałam, żeby ktokolwiek zrobił coś takiego na mojej uczelni. Poczułam się doceniona, nie ma co.

Dzisiaj byłam odebrać mój projekt w wersji papierowej u mojego promotora, na której naniósł ostatnie poprawki. Na szczęście były to drobnostki, więc poprawiłam je w kilka minut. Praktycznie mam już wszystko gotowe. Czekam na otwarcie systemu antyplagiatowego i wtedy zacznie się zabawa w obciążone serwery, nadszarpnięte nerwy i tym podobne. Ale o tym pomyślę dopiero po weekendzie.

Pozdrawiam serdecznie,
Zielona Małpa

niedziela, 15 listopada 2015

Strach w mieście miłości

Mam wrażenie, że ten świat wariuje.
W piątek zginęło w Paryżu ponad 150 osób. Dla nich piątek 13. okazał się nie tyle pechowy, co wręcz tragiczny.

Na początku był szok. Zamach? Terroryści? W Paryżu? Wszystko to na facebooku. Sprawdziłam na kilku stronach informacyjnych i potwierdziłam, że to się rzeczywiście stało. Jeszcze większy szok. Zginęło 60 osób. Potem aktualizacja - nie żyje prawie 140 osób. Wreszcie w sobotę informacja o 153 ofiarach zamachów.
Miasto miłości zamieniło się w miasto żałoby i strachu.
Nagle, wzorem czerwcowej fali tęczowych zdjęć profilowych, facebook wprowadził możliwość nałożenia na swoje zdjęcie filtru z francuską flagą. Oczywiście pięć minut później pojawiły się pierwsze kpiny na kwejku i komentarze typu: "11. listopada nie ustawiłeś sobie biało-czerwonej flagi! A trzy dni później masz francuską! Jesteś nie-Polakiem!" ale z wyborną łaciną i kilkoma błędami ortograficznymi.
Są dzieciaki, które ustawiły flagę, bo to modne. Ale nie wiedzą, dlaczego.
Niektórzy Amerykanie pytają, co stało się Paris Hilton, bo zauważyli hashtagi #PrayForParis. Życzą jej szybkiego powrotu do zdrowia.
Pojawiło się pełno wypowiedzi, w których autorzy wyrażają swoją nienawiść albo do uchodźców, albo do francuskich muzułmanów, albo do grup przeciwnych muzułmanom, w zależności od własnych poglądów i tolerancji. Pod wypowiedziami oczywiście pełno komentarzy, w których pełno wyrazów nienawiści, bądź uznania dla autora. I przekleństw.
Pełno rozważań o tym, czy Unia Europejska upadnie przez napływ Syryjczyków, czy Merkel zabiła Unię, czy Orban miał rację, czy Szczuka jest ignorantką, czy to wina Tuska?
Ludzie zastanawiają się, czy to zamach zaplanowany przez uchodźców? A może przez muzułmanów, którzy od lat przesycają społeczeństwo francuskie? A może przez jakąś organizację, która chce stworzyć obraz złych i agresywnych uchodźców - gdzie oni nie mieli żadnego wpływu?

Trudno jest się w tej sytuacji ogarnąć. Tyle informacji, tyle punktów widzenia, ile miejsc siedzenia.

Że w końcu zapomina się o ofiarach. I ich rodzinach.

piątek, 13 listopada 2015

Zasada nieoznaczoności

Zasada nieoznaczoności Heisenberga mówi, że nie da się jednocześnie dokładnie zmierzyć zarówno położenia jak i pędu cząstki w danym momencie. 



Czasem zastanawiam się nad ludzkimi charakterami. Poznałam bardzo dużo osób o tak odmiennych charakterach, że ktoś mógłby powiedzieć, że jestem ekspertem. Osobiście wcale się z tym nie zgadzam. 

Miałam kiedyś "przyjaciółkę na zawsze", z którą rozumiałam się bez słów. Połączyła nas niechęć do jednej dziewczyny. Ja byłam przez nią nękana, ona została przez nią oszukana.  Widziałyśmy się codziennie, rozwijałyśmy razem nasze twórcze umiejętności, nagrywałyśmy własne piosenki na kasetę (która pewnie gdzieś w domu jeszcze leży), przeżywałyśmy wspólnie pierwsze miłości. Potem do naszej dwójki dołączyła trzecia dziewczyna, która czuła się wyobcowana. Pewnego dnia pierwsza z nich po prostu się przeprowadziła. Z dnia na dzień, bez ostrzeżenia. Obiecałyśmy sobie, że nie stracimy kontaktu. Jednak urwał się on tydzień później. Dostałam smsy od obu koleżanek, w których obie twierdziły, że "nie ma sensu się przyjaźnić na odległość". Myślałam, że je znam. W końcu byłyśmy przyjaciółkami, nie? One przyjaźnią się do dziś. Wprawdzie druga narzeka na pierwszą za każdym razem, kiedy się widzimy (mniej więcej raz na rok, gdzie od dwóch lat się nie spotkałyśmy, bo nie chciało mi się po raz dziesiąty słuchać tej obłudy).

Miałam wiele sytuacji, w których zwątpiłam w czyjeś dobre zamiary, sympatię wobec mnie, czy nawet uczciwość. Bo z ludźmi to jest tak, że nie da się oznaczyć ze stuprocentową pewnością czyjegoś charakteru, przewidzieć zachowania i zaufać w pełni. Przecież nawet nie znamy do końca sami siebie, a spędzamy z samym sobą całe życie, co dopiero koleżkę, którą widzimy raz na tydzień na kawie?

Myślę, że nawet wyuczeni psychologowie nie potrafią doskonale ocenić człowieka. Po prostu nie da się i już. I tak, jak zasada nieoznaczoności Heisenberga wynika z natury cząstki, tak nieoznaczoność ludzkiego charakteru wynika z natury ludzkiej - niewiarygodnie podatnej, zmiennej i nieopisanej.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Coś go ugryzło

W sobotę wpadł do mnie mój chłopak.
- Coś mnie użarło - powiedział, gdy przekraczał próg.
- Gdzie? - spytałam.
- W windzie.
Aha.


czwartek, 5 listopada 2015

Mięta... czosnkowa

Moje genialne pomysły czasem kończą się genialnie. Tu akurat wkradła mi się ironia, której pewnie nie widać w piśmie. Trzeba ją sobie wyobrazić.

Otóż, na początku października dostałam od chłopaka miętę i lubczyk w doniczce, ponieważ lubię sobie doprawić obiadek żywymi przyprawami. Jednak razem z miętą dostałam mszycę, która szybko poradziła sobie z moimi roślinkami. Lubczyk wyglądał już tak żałośnie, że w końcu ścięłam go prawie do zera. Miętę być może da się jeszcze uratować. Lubczyk może też jeszcze odrosnąć, ale nie daję mu zbyt wiele szans. 




Jednym ze sposobów na pozbycie się mszycy jest wykorzystanie czosnku. Wycisnęłam dwa ząbki czosnku do miseczki wody, zostawiłam na kilka godzin, wodę przefiltrowałam przez ręczniczek kuchenny, przelałam do spryskiwacza z Pepco i spryskiwałam mocno moje roślinki (na szczęście mam za oknem coś w rodzaju szerokiego parapetu z płotkiem, więc nie musiałam cały dzień wąchać czosnku). Wodę każdego dnia przygotowuję na nowo. 

Dodatkowo za radą jakiegoś internauty zakopałam w ziemi kawałki ząbków czosnku. Ponoć to ma zapobiegać rozmnażaniu się mszycy w ziemi.

Dzisiaj zerknęłam do doniczki z miętą i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam nowy młody pęd. W pierwszym momencie ucieszyłam się, że może mięta jakoś się rozmnożyła, jednak to kawałek ząbka czosnku, pod wpływem wody i magicznych mocy, przebił się przez ziemię i zaczyna mi rosnąć. 



W sumie, to nie pogniewam się na ten czosnek, ale wolałabym miętę. Czosnek mogę bez problemu kupić w warzywniaku, czy nawet w Biedronce. Z miętą bywa trudniej. I nie wiem, czy mam ten czosnek wyrzucić, czy pozwolić mu żyć z miętą - taki współczesny postępowy związek. 

Pozdrawiam,
Zielona Małpa

sobota, 31 października 2015

Halloween

Dzisiaj Halloween. Tak naprawdę nigdy nie obchodziłam tego dnia w jakiś szczególny sposób. Kiedy byłam w podstawówce chciałyśmy z koleżankami poprzebierać się i iść zbierać słodycze. Rodzice nam zabronili, bo nie chcieli się ośmieszyć na oczach całej wsi (a wiadomo, jak to na wsi bywa). Dzisiaj wiem, że była to dość dobra decyzja.



Jedyną oznaką tego "święta" były straszne twarze wycinane w dyniach. Od kilkunastu lat hodujemy dynie na własny użytek, więc nie był to żaden wydatek. A całe przygotowanie strasznych latarni to ogromna przyjemność i świetna, twórcza zabawa. Takie dynie zawsze zdobiły nasz dom jesienią.

Jako dziecko uwielbiałam Halloween głównie z powodu specjalnych, strasznych odcinków ulubionych kreskówek i seriali. Był to jeden z tych dni w roku, kiedy nie dało się mnie odciągnąć od telewizora. A ja od zawsze lubiłam rzeczy lekko straszne, z elementem suspensu i powodujące dreszczyk. Do dziś mi to zostało. Od zawsze oglądałam niemieckie kanały, bo takie miałam w domu i mam do dzisiaj. Może włączę wieczorem telewizor i zobaczę, czy coś się tam zmieniło.

Poszczególne odcinki były przedzielone krótkimi wstawkami, w których królowały dynie, wampiry, duchy i różnorakie potwory. Wtedy oglądałam nawet te kreskówki, których zazwyczaj unikałam, bo miały ten halloweenowy klimat.

Kilka lat temu inne dzieciaki wpadły na pomysł, żeby iść przez wieś i krzyczeć: "Cukierek albo psikus!" przy każdych drzwiach. Udało im się nawet przekonać rodziców, żeby na to pozwolili. Ludzie jednak nie byli na to przygotowani i dzieciaki zebrały mało słodyczy, a mieszkańcy byli zaskoczeni "psikusami" w postaci papieru toaletowego rozrzuconego po ogródku.

Rok później, gdzieś w połowie października, ksiądz na mszy wygłosił kazanie o tym, że Halloween to ogromny grzech, a dokładnie grzech ciężki przeciw pierwszemu przykazaniu. Ja się z tym nie zgadzam, szczególnie, że najczęściej jest traktowane jako zabawa, pretekst do spotkania się ze znajomymi, przebrania się za czarownicę, czy seksownego ziemniaka (hit tegorocznego Halloween podobno). Dla wielu jest to ostatnia okazja do dobrej zabawy przed ponurym listopadem, adwentowym grudniem i, wreszcie, kolorowym karnawałem. Nie widzę w tym grzechu, dopóki ktoś nie próbuje rzeczywiście przywoływać duchów, czy oddawać satanistycznej ofiary bóstwom podziemi.

Od tamtego dnia chyba na żadnej posesji nie pojawiły się już dynie. U nas też. Każdy każdego zna i chce w oczach wioski pozostać normalną osobą. Nikt nie chce być na językach reszty. Ot, takie realia małych społeczności.


Od kilku lat nie obchodziłam Halloween w żaden sposób. Myślę, że w tym roku też się to nie zmieni. Może skuszę się na wieczorny seans Miasteczka Halloween, bo ten film od dawna za mną chodzi, a nigdy go nie oglądałam. Wieczorem czeka mnie też obejrzenie nowego odcinka mojego ulubionego serialu Doctor Who, więc mam się na co cieszyć cały dzień.

Gdyby ten dzień nie graniczył bezpośrednio z Dniem Wszystkich Świętych, być może skusiłabym się na jakąś tematyczną imprezę, co jest takim moim trochę ukrywanym marzeniem. No ale wolę na trzeźwo odwiedzać bliskich zmarłych i uczcić ten dzień należycie.

A jak Wy spędzacie dzisiejszy wieczór?

Pozdrawiam,
Zielona Małpa

środa, 28 października 2015

Eksmisja

Od początku października mamy w mieszkaniu pewien problem, o którym zwykle nie chce mówić się głośno. A problemem tym są karaluchy.

Gdzieś w pierwszym tygodniu wyczyściliśmy kuchnię na picuś glancuś, właściciel mieszkania dodatkowo odsunął szafki (sami nie chcieliśmy tego robić, ponieważ, gdyby coś się stało z meblami, musielibyśmy płacić) i mogliśmy posprzątać również po poprzednich lokatorach, którzy zostawili po sobie nawet serki pod szafką. Żadnego gniazda, ani willi nie znaleźliśmy. Tępiliśmy karaluchy sprayem przez ponad tydzień, jednak skubańce nadal przychodziły. Prawdopodobnie od sąsiadów przez kanały wentylacyjne.



Karaluchy to niezwykle ohydne robale. Szczególnie, kiedy wyobrazisz sobie, że biegają po Twoim jedzeniu i śmieją z Twojej diety. "Haha! Biały cukier! Laaamus." A potem jeszcze śmieją Ci się w twarz... na Twojej twarzy! Tup tup tup z noska na uszko.

Postanowiliśmy, że trzeba się pozbyć niechcianych lokatorów, którzy do czynszu się nie dorzucają. Chamstwo i tyle!

Akurat we wtorek ktoś zadzwonił do drzwi. Who you gonna call? Ghostbusters! Panowie od dezynsekcji zaproponowali wykonanie eksmisji tych robali. Następnego dnia wykonali pierwszy etap.

We wtorek wieczorem trzeba było zabezpieczyć jedzenie i naczynia przed szkodliwym paskudztwem. Biegałam więc z kuchni do pokoju i z pokoju do kuchni przenosząc kolejne worki z żywnością. Jak pomoc dla ubogich. Spakowałam wszystko do reklamówek i zakleiłam taśmą. Rano dodatkowo włożyłam wszystko pod kołdrę. Zioła wystawiłam na balkon (jedzenie się nie zmieściło, a ziół nie udałoby się włożyć pod pościel, bo miałabym od razu zmielone), aby nie umarły od trucizny. 

Sam środek na karararaluchy nie jest jakoś wyjątkowo szkodliwy dla ludzi, ale lepiej być ostrożnym. Zdrowie w końcu najważniejsze.

W listopadzie i grudniu czekają nas jeszcze kolejne dwa etapy, gdyż trzeba robalom aż trzy razy zafundować odlot, aby się spakowały i wyniosły. Nie chcemy mieszkać z kolejnymi pokoleniami.

Jak się skończy ta historia? Zobaczymy.

Pozdrawiam,
Zielona Małpa

niedziela, 25 października 2015

Jesienna kontemplacja

Dziś będzie wieczór dla mnie. Zrobię sobie ciepłą herbatkę z imbirem, wyciągnę z opakowania trzy ciasteczka, włączę Z archiwum X, rozsiądę się wygodnie i oddam w pełni jesiennej aurze. Nie będę myśleć o przyszłym tygodniu, ani o zeszłym.
http://kaboompics.com/
Jeśli będzie mi zimno, owinę się cieplutkim kocem. Kocem, który przeżył już wiele moich łez i wybuchów śmiechu. Mam nadzieję, że i tym razem wytrzyma.

A Ty? Co dzisiaj zrobisz?

sobota, 17 października 2015

Powitanie na nowym blogu

Od jakiegoś czasu dojrzewała we mnie myśl, że chciałabym poszerzyć moje horyzonty, szczególnie w blogowaniu. Platforma blog.pl pozwoliła mi w łatwy sposób rozpocząć blogowanie, jednak po prawie trzech latach miałam już dość problemów technicznych.



Przeniesienie bloga wiąże się nie tylko z tym, że będę musiała zmierzyć się z nową platformą, która wydaje mi się w tym momencie niemożliwa do ogarnięcia. Prawdziwa magia. Dajcie mi jednak trochę czasu, a uporam się z każdym problemem.

Dla osób, które trafiają do mnie przypadkiem, zapraszam, póki co, na mojego starego bloga. Tu przeniosę się, jak już uda mi się wszystko dopiąć na przedostatni guzik.

Blog Zielonej Małpy

Myślę, że czas tu spędzony będzie bardzo owocny. Mam nadzieję, że moi znajomi z blog.pl z chęcią będą odwiedzać mnie "za granicą". Właściwie to tego chyba boję się najbardziej. Od listopada 2012 roku prowadziłam mojego pierwszego bloga, z jedną tylko przerwą, która wynikała z rożnych problemów życiowych i nie tylko. Tamten blog stał się prawie moim drugim domem. A na pewno domem dla moich myśli i uczuć. Teraz muszę wybudować wszystko na nowo. Z jednej strony zaczynam z jakimś już doświadczeniem, z drugiej strony mało wiem o tej platformie, więc na nic mi poprzednie doświadczenie.

Zastanawiałam się jeszcze nad przeniesieniem na wordpressa, na którym chciałam zacząć blogowanie trzy lata temu. Przeanalizowałam jednak wszystkie za i przeciw i wygrał blogger. Głównie dlatego, że łatwiej tu wybudować sieć znajomości. A przynajmniej takie opinie słyszałam.

Uciekam z blog.pl, bo platforma zaczęła mnie ograniczać i spotykam się tam z częstymi awariami, błędami. Jest to nie tylko moja opinia. Szczerze mówiąc, to większość osób, które stamtąd uciekły, za powód podawały te same argumenty, co ja.

Zaczynam więc nową drogę życia i nowego bloga. Trzymajcie za mnie kciuki, bo jak na razie, to mam ochotę wyrzucić laptopa przez okno (z dziewiątego piętra), bo strasznie opornie idzie mi jakakolwiek zmiana na nowym blogu.

Pozdrawiam serdecznie,
Zielona Małpa