Zielona Małpa: listopada 2015

poniedziałek, 30 listopada 2015

Adwentowe wspomnienia

Mam za sobą ciężki tydzień. Głównie z powodu kolokwium, które miałam w piątek o 7:30. Oraz przez śmieszne problemy znajomych związane z oddaniem projektów inżynierskich do sprawdzenia, co stresuje mnie dodatkowo. Z tego powodu nie miałam ochoty, ani weny pisać w zeszłym tygodniu, za co bardzo przepraszam.

Zaczął się adwent. Okres, który w moim dzieciństwie odgrywał ogromną rolę. Przygotowywał mnie i nakręcał na święta Bożego Narodzenia.

Dobrze pamiętam roraty, czyli codzienne msze w okresie adwentu, na które chodziło się z lampionami. Tuż przed mszą (w mojej miejscowości zawsze wieczorem) dzieciaki w młodszym wieku, takie do trzeciej klasy podstawówki, ustawiały się w wężyk przed jednym z bocznych ołtarzy za ministrantem z krzyżem. Przed rozpoczęciem mszy cała ta gromada, wraz z księdzem i dwoma innymi ministrantami na czele, szła w procesji wzdłuż ścian kościoła. Na końcu ustawiali się wzdłuż siedzisk ministrantów - dziewczyny po lewej, a chłopcy po prawej stronie ołtarza.

Mój lampion zrobiony był z papieru przez moją mamę. Prostokątny, z powycinanymi kształtami, takimi jak gwiazdki, aniołki, kwiatki, a te wycięte otwory podklejone były kolorową bibułą. Oświetlenie zrobił mój tata z żarówki, kabla, rurki i włącznika. Zawsze trochę zazdrościłam koleżankom, które miały piękne, kolorowe i błyszczące lampiony prosto ze sklepu. Ale w końcu doceniłam mojego, bo wszystkie inne psuły się po kilku mocniejszych szarpnięciach, a mój świecił ciągle.

Nasz ksiądz zawsze organizował Świętego Mikołaja dla dzieciaków w okolicy 6. grudnia. Do tej roli zapraszał zawsze swojego znajomego z Opola, który wspaniale sprawdzał się w tej roli. Każde dziecko dostawało paczuszkę ze słodyczami. Dodatkowo można było zdobyć różne nagrody za odwagę, wystarczyło zaśpiewać jakąś kolędę, albo powiedzieć wierszyk. Miałam dwa popisowe kawałki, z którymi zawsze (co roku) występowałam. Wychowałam się na śląsku opolskim, oglądając prawie wyłącznie niemiecką telewizję, więc obie piosenki są po niemiecku właśnie.




Pierwsza z nich to kolęda, która jest tak przepiękna i wspaniała, że pozostała moją ulubioną kolędą po dziś dzień. Opisuje zimowy krajobraz, z przemarzniętym jeziorem i błyszczącym śniegiem. Druga to dziecięca piosenka o Świętym Mikołaju i radości z jego przyjścia.

Zaraz po roratach w salce katechetycznej odbywały się gry i zabawy z panem, który był Świętym Mikołajem (oczywiście już bez przebrania).

Na roraty przychodziło się z całym zestawem: lampion, bądź świeczka (dla starszych dzieciaków), serduszko z dobrym uczynkiem, karteczka z odpowiedziami, kartka i długopis.

Przed kościołem stał ministrant, który rozdawał dzieciakom karteczki, które się zbierało, a na końcu trzeba je było przykleić na odpowiednią matę, którą też się dostawało, najczęściej w ostatnim tygodniu rorat. Na tych karteczkach z jednej strony był jakiś obrazek, a z drugiej jakieś dwa lub trzy pytania. W czasie kazania ksiądz opowiadał na temat związany z obrazkiem i trzeba było wyłapać odpowiedzi na pytania. Do tego przydawał się długopis i kartka. Na kolejne roraty przynosiło się ładną podpisaną imieniem i nazwiskiem karteczkę z odpowiedziami na pytania z poprzedniego dnia i wrzucało się do koszyczka stojącego w kościele.

Przygotowywało się również karteczki w kształcie serduszek, na których pisało się jakiś dobry uczynek, który się danego dnia zrobiło. Wrzucało się je do drugiego koszyczka.

Na koniec każdych rorat ksiądz losował po kilka karteczek z odpowiedziami i kilka serduszek. Szczęśliwcy otrzymywali drobne prezenty od księdza w postaci ślicznych aniołków, papierowych stajenek i rożnych podobnych. Mi udało się nazbierać jakieś 30 aniołków w kilka lat. Dzisiaj ta kolekcja jest już uszczuplona, gdyż porozdawałam część znajomym i kuzynkom.

Bardzo dobrze wspominam te czasy, bo cała ta otoczka pozwalała nakręcić się na święta, które dzięki całej swej otoczce były bardzo klimatyczne. Gdybym mogła, pewnie wróciłabym tam na chwilę, aby przynajmniej poczuć to oczekiwanie, wygrać aniołka, zaśpiewać przed całą wioską kolędę i beztrosko wrócić do domu.

A jak Wy wspominacie adwent z dzieciństwa?

Pozdrawiam,
Zielona Małpa

piątek, 20 listopada 2015

Osobiste gratulacje

To był dość szalony tydzień.

We wtorek na seminarium dyplomowym przedstawiałam przebieg mojej pracy inżynierskiej. Miałam bardzo dobrze przygotowane wystąpienie, więc nie stresowałam się jakoś znacząco. Kiedy nadeszła moa godzina, podeszłam na podwyższenie, podłączyłam się do komputera i zaczęłam mówić. Początkowy stresik szybko minął, w końcu mówiłam o czymś, czym zajmowałam się przez ostatnie pół roku, a prezentację przygotowałam wystrzegając się większości błędów moich poprzedników. Trzymałam się planu, nie wtrącałam niepotrzebnych informacji, byłam wyprostowana, mówiłam wyraźnie i zmieściłam się w przeznaczonym czasie.




Wiem, że temat był trudny dla większości kolegów, chyba też dla prowadzącego, jednak miałam wrażenie, że wykonałam kawał dobrej roboty. Na końcu prowadzący stwierdził, że "Pani w swoim projekcie wzbudziła cząsteczki, a we mnie wzbudziła Pani podziw Pani prezentacją". I od razu dostałam piątkę, co u tego profesora jest nie lada wyzwaniem. Nosiło mnie do końca dnia.
Po seminarium poszłam z koleżanką z roku do gabinetu tego profesora, ponieważ zostałyśmy przez niego wyznaczone, do przejrzenia tematów, albo inaczej zagadnień, obowiązujących na obronę w styczniu. Istnienie tych zagadnień to kolejna dobra wiadomość, ponieważ w tym roku zmieniają się zasady związane z uzyskaniem tytułu inżyniera.

Zaraz po tym poszłam do mojego promotora, ponieważ chciałam omówić z nim ostatnie pomiary i wyniki, które w ich wyniku uzyskałam. Zadzwonił telefon, promotor odebrał, pogadał przez pół minuty, odłożył słuchawkę i uśmiechnął się. "Profesor P. właśnie dzwonił, aby mi pogratulować Pani wystąpienia". Ale się zdziwiłam! Jeszcze nie słyszałam, żeby ktokolwiek zrobił coś takiego na mojej uczelni. Poczułam się doceniona, nie ma co.

Dzisiaj byłam odebrać mój projekt w wersji papierowej u mojego promotora, na której naniósł ostatnie poprawki. Na szczęście były to drobnostki, więc poprawiłam je w kilka minut. Praktycznie mam już wszystko gotowe. Czekam na otwarcie systemu antyplagiatowego i wtedy zacznie się zabawa w obciążone serwery, nadszarpnięte nerwy i tym podobne. Ale o tym pomyślę dopiero po weekendzie.

Pozdrawiam serdecznie,
Zielona Małpa

niedziela, 15 listopada 2015

Strach w mieście miłości

Mam wrażenie, że ten świat wariuje.
W piątek zginęło w Paryżu ponad 150 osób. Dla nich piątek 13. okazał się nie tyle pechowy, co wręcz tragiczny.

Na początku był szok. Zamach? Terroryści? W Paryżu? Wszystko to na facebooku. Sprawdziłam na kilku stronach informacyjnych i potwierdziłam, że to się rzeczywiście stało. Jeszcze większy szok. Zginęło 60 osób. Potem aktualizacja - nie żyje prawie 140 osób. Wreszcie w sobotę informacja o 153 ofiarach zamachów.
Miasto miłości zamieniło się w miasto żałoby i strachu.
Nagle, wzorem czerwcowej fali tęczowych zdjęć profilowych, facebook wprowadził możliwość nałożenia na swoje zdjęcie filtru z francuską flagą. Oczywiście pięć minut później pojawiły się pierwsze kpiny na kwejku i komentarze typu: "11. listopada nie ustawiłeś sobie biało-czerwonej flagi! A trzy dni później masz francuską! Jesteś nie-Polakiem!" ale z wyborną łaciną i kilkoma błędami ortograficznymi.
Są dzieciaki, które ustawiły flagę, bo to modne. Ale nie wiedzą, dlaczego.
Niektórzy Amerykanie pytają, co stało się Paris Hilton, bo zauważyli hashtagi #PrayForParis. Życzą jej szybkiego powrotu do zdrowia.
Pojawiło się pełno wypowiedzi, w których autorzy wyrażają swoją nienawiść albo do uchodźców, albo do francuskich muzułmanów, albo do grup przeciwnych muzułmanom, w zależności od własnych poglądów i tolerancji. Pod wypowiedziami oczywiście pełno komentarzy, w których pełno wyrazów nienawiści, bądź uznania dla autora. I przekleństw.
Pełno rozważań o tym, czy Unia Europejska upadnie przez napływ Syryjczyków, czy Merkel zabiła Unię, czy Orban miał rację, czy Szczuka jest ignorantką, czy to wina Tuska?
Ludzie zastanawiają się, czy to zamach zaplanowany przez uchodźców? A może przez muzułmanów, którzy od lat przesycają społeczeństwo francuskie? A może przez jakąś organizację, która chce stworzyć obraz złych i agresywnych uchodźców - gdzie oni nie mieli żadnego wpływu?

Trudno jest się w tej sytuacji ogarnąć. Tyle informacji, tyle punktów widzenia, ile miejsc siedzenia.

Że w końcu zapomina się o ofiarach. I ich rodzinach.

piątek, 13 listopada 2015

Zasada nieoznaczoności

Zasada nieoznaczoności Heisenberga mówi, że nie da się jednocześnie dokładnie zmierzyć zarówno położenia jak i pędu cząstki w danym momencie. 



Czasem zastanawiam się nad ludzkimi charakterami. Poznałam bardzo dużo osób o tak odmiennych charakterach, że ktoś mógłby powiedzieć, że jestem ekspertem. Osobiście wcale się z tym nie zgadzam. 

Miałam kiedyś "przyjaciółkę na zawsze", z którą rozumiałam się bez słów. Połączyła nas niechęć do jednej dziewczyny. Ja byłam przez nią nękana, ona została przez nią oszukana.  Widziałyśmy się codziennie, rozwijałyśmy razem nasze twórcze umiejętności, nagrywałyśmy własne piosenki na kasetę (która pewnie gdzieś w domu jeszcze leży), przeżywałyśmy wspólnie pierwsze miłości. Potem do naszej dwójki dołączyła trzecia dziewczyna, która czuła się wyobcowana. Pewnego dnia pierwsza z nich po prostu się przeprowadziła. Z dnia na dzień, bez ostrzeżenia. Obiecałyśmy sobie, że nie stracimy kontaktu. Jednak urwał się on tydzień później. Dostałam smsy od obu koleżanek, w których obie twierdziły, że "nie ma sensu się przyjaźnić na odległość". Myślałam, że je znam. W końcu byłyśmy przyjaciółkami, nie? One przyjaźnią się do dziś. Wprawdzie druga narzeka na pierwszą za każdym razem, kiedy się widzimy (mniej więcej raz na rok, gdzie od dwóch lat się nie spotkałyśmy, bo nie chciało mi się po raz dziesiąty słuchać tej obłudy).

Miałam wiele sytuacji, w których zwątpiłam w czyjeś dobre zamiary, sympatię wobec mnie, czy nawet uczciwość. Bo z ludźmi to jest tak, że nie da się oznaczyć ze stuprocentową pewnością czyjegoś charakteru, przewidzieć zachowania i zaufać w pełni. Przecież nawet nie znamy do końca sami siebie, a spędzamy z samym sobą całe życie, co dopiero koleżkę, którą widzimy raz na tydzień na kawie?

Myślę, że nawet wyuczeni psychologowie nie potrafią doskonale ocenić człowieka. Po prostu nie da się i już. I tak, jak zasada nieoznaczoności Heisenberga wynika z natury cząstki, tak nieoznaczoność ludzkiego charakteru wynika z natury ludzkiej - niewiarygodnie podatnej, zmiennej i nieopisanej.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Coś go ugryzło

W sobotę wpadł do mnie mój chłopak.
- Coś mnie użarło - powiedział, gdy przekraczał próg.
- Gdzie? - spytałam.
- W windzie.
Aha.


czwartek, 5 listopada 2015

Mięta... czosnkowa

Moje genialne pomysły czasem kończą się genialnie. Tu akurat wkradła mi się ironia, której pewnie nie widać w piśmie. Trzeba ją sobie wyobrazić.

Otóż, na początku października dostałam od chłopaka miętę i lubczyk w doniczce, ponieważ lubię sobie doprawić obiadek żywymi przyprawami. Jednak razem z miętą dostałam mszycę, która szybko poradziła sobie z moimi roślinkami. Lubczyk wyglądał już tak żałośnie, że w końcu ścięłam go prawie do zera. Miętę być może da się jeszcze uratować. Lubczyk może też jeszcze odrosnąć, ale nie daję mu zbyt wiele szans. 




Jednym ze sposobów na pozbycie się mszycy jest wykorzystanie czosnku. Wycisnęłam dwa ząbki czosnku do miseczki wody, zostawiłam na kilka godzin, wodę przefiltrowałam przez ręczniczek kuchenny, przelałam do spryskiwacza z Pepco i spryskiwałam mocno moje roślinki (na szczęście mam za oknem coś w rodzaju szerokiego parapetu z płotkiem, więc nie musiałam cały dzień wąchać czosnku). Wodę każdego dnia przygotowuję na nowo. 

Dodatkowo za radą jakiegoś internauty zakopałam w ziemi kawałki ząbków czosnku. Ponoć to ma zapobiegać rozmnażaniu się mszycy w ziemi.

Dzisiaj zerknęłam do doniczki z miętą i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam nowy młody pęd. W pierwszym momencie ucieszyłam się, że może mięta jakoś się rozmnożyła, jednak to kawałek ząbka czosnku, pod wpływem wody i magicznych mocy, przebił się przez ziemię i zaczyna mi rosnąć. 



W sumie, to nie pogniewam się na ten czosnek, ale wolałabym miętę. Czosnek mogę bez problemu kupić w warzywniaku, czy nawet w Biedronce. Z miętą bywa trudniej. I nie wiem, czy mam ten czosnek wyrzucić, czy pozwolić mu żyć z miętą - taki współczesny postępowy związek. 

Pozdrawiam,
Zielona Małpa