Zielona Małpa: Mięta... czosnkowa

czwartek, 5 listopada 2015

Mięta... czosnkowa

Moje genialne pomysły czasem kończą się genialnie. Tu akurat wkradła mi się ironia, której pewnie nie widać w piśmie. Trzeba ją sobie wyobrazić.

Otóż, na początku października dostałam od chłopaka miętę i lubczyk w doniczce, ponieważ lubię sobie doprawić obiadek żywymi przyprawami. Jednak razem z miętą dostałam mszycę, która szybko poradziła sobie z moimi roślinkami. Lubczyk wyglądał już tak żałośnie, że w końcu ścięłam go prawie do zera. Miętę być może da się jeszcze uratować. Lubczyk może też jeszcze odrosnąć, ale nie daję mu zbyt wiele szans. 




Jednym ze sposobów na pozbycie się mszycy jest wykorzystanie czosnku. Wycisnęłam dwa ząbki czosnku do miseczki wody, zostawiłam na kilka godzin, wodę przefiltrowałam przez ręczniczek kuchenny, przelałam do spryskiwacza z Pepco i spryskiwałam mocno moje roślinki (na szczęście mam za oknem coś w rodzaju szerokiego parapetu z płotkiem, więc nie musiałam cały dzień wąchać czosnku). Wodę każdego dnia przygotowuję na nowo. 

Dodatkowo za radą jakiegoś internauty zakopałam w ziemi kawałki ząbków czosnku. Ponoć to ma zapobiegać rozmnażaniu się mszycy w ziemi.

Dzisiaj zerknęłam do doniczki z miętą i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam nowy młody pęd. W pierwszym momencie ucieszyłam się, że może mięta jakoś się rozmnożyła, jednak to kawałek ząbka czosnku, pod wpływem wody i magicznych mocy, przebił się przez ziemię i zaczyna mi rosnąć. 



W sumie, to nie pogniewam się na ten czosnek, ale wolałabym miętę. Czosnek mogę bez problemu kupić w warzywniaku, czy nawet w Biedronce. Z miętą bywa trudniej. I nie wiem, czy mam ten czosnek wyrzucić, czy pozwolić mu żyć z miętą - taki współczesny postępowy związek. 

Pozdrawiam,
Zielona Małpa