Zielona Małpa: Inżynier Zielona Małpa

czwartek, 14 stycznia 2016

Inżynier Zielona Małpa

Dzisiaj zakończyłam moją trzyipółletnią przygodę ze studiami inżynierskimi. Myślę, że jest to dobry moment, aby podsumować zarówno studia jak i mnie.

Kiedy w 2012 roku przeprowadzałam się do Wrocławia, aby wygodnie studiować, byłam zamkniętą w sobie i całkiem zagubioną osobą. Miesiąc wcześniej zerwał ze mną chłopak, z którym byłam dwa lata, więc samotność była tym bardziej wyolbrzymiona. Pierwszy tydzień był dla mnie torturą. Pierwszy raz mieszkałam z nową grupą ludzi w jednym mieszkaniu i czułam się niepewnie, nie chciałam korzystać z kuchni, kiedy ktoś w niej był, strasznie unikałam wychodzenia z pokoju. Byłam przerażona, że moja współlokatorka okaże się jędzą. Wynikało to z mojej nieśmiałości i tego, że wszystko było dla mnie nowe. Szczególnie miasto. Dla osoby mieszkającej na wsi (trzystu osobowej) miasto było przytłaczające i podniecające jednocześnie. Zmiana ta pozwoliła mi się szybko pozbierać po nieudanym związku. W listopadzie założyłam bloga i ułożyłam swoje życie.

Jakieś dwa tygodnie zajęło mi pełne zaaklimatyzowanie się. Dopiero wtedy mogłam swobodnie rozmawiać ze współlokatorami. Poszłam na imprezę integracyjną organizowaną przez politechnikę i nawet udało mi się poderwać jakiegoś chłopaka. Gdzieś w międzyczasie poznałam moją drugą połówkę, na początku zaprzyjaźniliśmy się trochę i jakoś urosło to do czegoś poważniejszego. Obecnie jesteśmy już razem trzy lata. Niedawno mieliśmy rocznicę.

Do studiów miałam od samego początku dość poważne podejście. Uczyłam się najregularniej, jak się dało. Szczególnie, że wtedy przeważała matematyka w różnych formach, a matematykę trzeba zrozumieć i bez cotygodniowego rozwiązywania zadań nie da się zaliczyć egzaminu, na którym całki wplatają się w każde zadanie. Ostatnio (w listopadzie) dowiedziałam się, że jeden z prowadzących z Algebry, z którym miałam zajęcia, zginął w pożarze. Przykro mi się zrobiło, bo lubiłam go i jego dziwne metody.

Zaległości z chemii po liceum i klasie o profilu matematyczno-informatyczno-fizycznym sprawiły, że powinęła mi się noga i musiałam poprawiać dwa kursy związane głównie z obliczeniami chemicznymi. To był taki zimny prysznic, który uświadomił mi, że te studia to jednak nie liceum. Tu się trzeba napracować.

Chodziłam na większość wykładów. Zdarzały się takie, które były tak potwornie nudne, że nic nie wnosiły w moją wiedzę, bo przysypiałam. Były też takie, na które warto było chodzić w piątki na 7:30. Choć niektórzy mogliby powiedzieć, że takie chodzenie i siedzenie jest niepotrzebne, to zdobyłam naprawdę dużą wiedzę. Wiadomo, że dziś już nie do końca pamiętam wykłady z pierwszego semestru, ale często kojarzę fakty, luźne myśli, które były przez profesorów przekazywane. Prawdziwych profesorów, nie takich z liceum.

Pamiętam, jak bardzo stresowałam się przed pierwszymi zajęciami laboratoryjnymi. Wszystkie probówki i zlewki wydawały mi się tak cieniutkie, jakby miały mi pęknąć w dłoni. Obecnie w laboratorium czuję się prawie jak w domu. Po drodze było dużo strachu, kartkówek, nauki, niewiedzy, nieumiejętności obsługi przedwojennego sprzętu i płaczu nad sprawozdaniami. Ale było warto. Bo po drodze nauczyłam się naprawdę dużo.

Nie stałam się bardziej imprezową osobą. Nadal wolę mniejsze towarzystwo. I nadal mam słabą głowę do alkoholu. Z resztą, dalej nie lubię pić do nieprzytomności. I może jest to mało studenckie, ale jest mi z tym dobrze. Nie dajcie sobie niczego wmówić.

Dzisiaj jestem całkiem pewną siebie kobietą, która zna swoją wartość. I choć nadal boję się niektórych rzeczy, to wiem, że przez te trzy i pół roku studiów zmieniłam się na lepsze i mam w sobie dość siły by przetrwać nawet najgorsze chwile.

Od kilku dni tak bardzo się stresowałam, że to cud, że się nie rozpłakałam ani razu. Kulminacja nastąpiła we wtorek, kiedy to miała miejsce pierwsza tura obron. Wiadomo, pierwsze informacje o ocenach, zaliczeniach, pytaniach... Nie zjadłam tego dnia śniadania, bo tak bardzo miałam ściśnięty żołądek. Wtedy bronił się mój chłopak, co dodatkowo mnie zestresowało. Praktycznie zjadłam jedynie obiad i to raczej mały. Wczoraj byłam nieco spokojniejsza. Do momentu, kiedy przyszła pora na położenie się do łóżka i słodki sen. Wtedy mój żołądek nie dał mi zmrużyć oczu przez pół nocy. W głowie odtwarzałam przykładowe scenariusze. A co jeśli nie będę umiała nic powiedzieć? I popłaczę się przy komisji? Takie myśli męczyły mnie godzinami.

Dzisiaj rano czułam się względnie dobrze. Byłam też pewna, że zdam, bo koleżanki, które niezbyt ogarniają, są już inżynierami od wtorku. Chciałam jednak obronić się na dobrą ocenę. Sama obrona nie była jakaś straszna. Trzy pytania. Trzy odpowiedzi. Byłam na to przygotowana.

Przed salą zebrali się znajomi ze studiów, wszyscy równie zestresowani i równie bladzi na twarzach. Dziewczyny z reguły ze trzy kilogramy chudsze. Nie dziwię się, sama nie poznaję swojego płaskiego brzucha. Dieta stresowa - je się jedną trzecią tego co normalnie, bo żołądek na więcej nie pozwala. I tak cały tydzień.

Na moim dyplomie będzie widniała piękna piątka. Ocena za całe studia. Podsumowanie ostatnich kilku lat. Łez wylanych nad moją niemocą. Dni znaczonych nauką. Stresu związanego z sesją. Wszystko przeżyłam i choć nie było łatwo, to było warto i zasłużyłam na tę piątkę.

Aktualnie łzy cisną mi się do oczu, ponieważ stres odpuszcza stopniowo. Przeszłam już przez etap euforii z pozytywnej obrony, napicie się piwa (nie po szlachecku, bo przed dwunastą, ale poszliśmy zaraz po obronach ze znajomymi uczcić, że staliśmy się inżynierami, więc chyba mogę sobie wybaczyć), głód, który odczuwałam pierwszy raz od czterech dni, sen i chęć posprzątania. Teraz siedzę i płaczę, bo właśnie skończył się jakiś etap w moim życiu i, choć kolejny może być jeszcze lepszy, jest mi smutno, że wielu znajomych już nie zobaczę. Każdy jednak chce iść własną drogą i każdemu życzę, żeby wybrał jak najlepiej. No dobra, już płaczę jak bóbr.



Na podsumowanie mogę powiedzieć, że nigdy bardziej się nie stresowałam. Póki co, był to najbardziej stresujący okres mojego życia. Wiem, że coś podobnego czeka mnie za półtora roku, kiedy (mam nadzieję) będę broniła tytuł magistra. Ale aktualnie jestem inżynierem i dobrze mi z tym. Jest ta świadomość, że mam jakieś wykształcenie, które nadaje się do wpisania w CV. I w pełni na to zasłużyłam.

Pozdrawiam serdecznie,
inż. Zielona Małpa :)