Zielona Małpa: Intensywniej.

niedziela, 13 marca 2016

Intensywniej.

Kilka tygodni temu pisałam o bardzo intensywnym okresie, który po części mnie wyczerpał, a po części naładował nową siłą i chęcią działania. Okazuje się, że ten okres, w nieco zmiennej formie trwa do dziś i nie mogę się doczekać, gdy w końcu będę mogła w pełni odetchnąć i poświęcić jeden cały dzień tylko sobie i moim potrzebom. 
W lutym tego roku rozpoczęłam studia magisterskie na Politechnice Wrocławskiej. Wiązało się to z rekrutacją i obserwacją nowych informacji na stronie uczelni. Również z bieganiem po lekarzach, dziekanatach i biurze rekrutacji. To taki skrót, żeby zorientować się w temacie.

Pierwszy tydzień studiów przebiegł całkiem spokojnie w porównaniu do reszty. Musiałam zanieść drugi raz podanie o stypendium Rektora, ponieważ okazało się, że za pierwszym razem nie zauważyłam, że składam je na ten wydział, z którego w końcu zrezygnowałam. Ktoś musiał założyć grupy na facebooku do każdej specjalności, ja założyłam grupę mojej. Był to tydzień pierwszych wykładów, które w znacznej większości będą w trakcie semestru dzielone na co najmniej dwóch wykładowców (co może nowością nie jest, ale po raz pierwszy aż w takim stopniu). 

Kolejny tydzień upłynął pod znakiem nowych znajomości, bo wcześniej nie z wszystkimi zdążyłam zamienić słowo. 29. lutego zorganizowaliśmy sobie integrację w barze, aby poznać się nieco lepiej i przede wszystkim przełamać pierwsze lody. Było zabawnie i owocnie. Był to też tydzień, w którym mój młodszy brat miał osiemnaste urodziny i poczułam się staro. Rozpoczęłam również kurs salsy z moich chłopakiem.


Kolejny tydzień dał mi jeszcze mniej czasu na odetchnięcie.W weekend pojechałam do domu na urodziny brata i po sukienkę na Bal Inżyniera. Po długich poszukiwaniach zdecydowałam się na niebieską sukienkę, w której wyglądam jak prawdziwa pani inżynier. Dodatkowo na mojej uczelni odbywały się dwudniowe targi pracy, na które się udałam, zgodnie z moją małą tradycją. Zostawiłam kilku firmom moje CV, pozbierałam sporo reklamowych długopisów i różnych gadżetów. W czwartek odebrałam dyplom (w dziekanacie pani rzuciła mi go na biurko), przedłużyłam ważność legitymacji i w końcu (po trzech tygodniach prób dogadania się co do godziny) spotkałam się z promotorem. W piątek odbyła się uroczysta inauguracja roku akademickiego dla studentów drugiego stopnia, na którą zostałam oficjalnie zaproszona przez panią z dziekanatu ("musi Pani przyjść, bo jest Pani na liście u JM Rektora"). Miałam okazję założyć togę i odbić sobie brak oficjalnego rozdania dyplomów na moim wydziale. Niestety birecik strasznie zjeżdżał mi z głowy, dlatego z ogromnym strachem szłam na podium na pasowanie i podanie ręki JM Rektorowi. Bałam się, że birecik się zsunie i wszyscy będą się śmiali. Największy koszmar. Na szczęście obyło się bez tragedii.



A w sobotę odbył się Bal Inżyniera. Standardowo ledwo wyrobiłam się na czas. Współlokatorka pomogła mi robić fryzurę, więc choć raz nie szłam na imprezę w rozpuszczonych włosach. Zdecydowałam się na prosty kok otoczony warkoczykiem i muszę powiedzieć, że wyglądałam nieźle (jak na mnie). Zabawa była przednia, alkohol lał się strumieniami i tylko nieco brakowało miejsca do tańca. W ten oto sposób zakończyłam rozdział studiów inżynierskich.

I w końcu będę mogła odetchnąć.

Pozdrawiam,
Zielona Małpa