Zielona Małpa: Czerwony Kapitan (2016), czyli randka z innym Bondem?

niedziela, 11 września 2016

Czerwony Kapitan (2016), czyli randka z innym Bondem?

Zachęcona pochlebnymi opiniami i wygranymi biletami, postanowiłam wybrać się do kina na film o tytule Czerwony Kapitan. Przez niektórych nazwany on został słowackim Bondem, co zdecydowanie przeważyło moją decyzję. Ale Polak w słowackim filmie? I w dodatku w roli głównej? Miałam pewne wątpliwości.
O uszy obiła mi się informacja, że producent nie chciał w roli głównej obsadzać żadnego znanego aktora ze Słowacji. Mało znani też z jakiegoś powodu nie wchodzili w grę. Dlatego w poszukiwaniu idealnego aktora sięgnął wzrokiem aż za północną granicę - do Polski. A tam znalazł Macieja Stuhra.

Jak się okazuje, wielu producentów woli w potencjalnie legendarnych rolach obsadzać aktorów mniej znanych, albo nie kojarzonych z danym gatunkiem. Dzięki temu jakaś wpadka łatwo może być zarzucona na barki aktora, zamiast producenta.

Jest rok 1992. Czechosłowacja. Tuż po upadku komunizmu. Detektyw Krauz i detektyw Burger zostają wezwani do znaleziska na cmentarzu. Budowa prowadzona nieopodal spowodowała bowiem odkrycie zwłok, które wykazywały oznaki tortur. Dokąd zaprowadzi ich to śledztwo?

Tym, co rzuciło mi się w oczy, a raczej oczy i uszy równocześnie, to kiepski dubbing. Nie wiem, czy to dlatego, że od wieków nie oglądałam niczego z jakimkolwiek dubbingiem poza Zwierzogrodem, który się poniekąd nie liczy, gdyż jest to film animowany. Czasem miałam wrażenie, że obraz rozsynchronizował się z dźwiękiem.

Nie obyło się też bez rzucania kurtyzanami na lewo i prawo. Choć trudno powiedzieć, czy to kwestia tłumaczenia, czy oryginału. Sądząc po twarzach bohaterów, kwestia ich emocji. Brutalność i ciemny nastrój wylewały się niemal z każdego kadru. W końcu takie czasy.

Po filmie, o którym słyszałam tylko porównania do Bonda, spodziewałam się więcej. Przede wszystkim nie było tu typowego flirtowania z dziewczynami, ale to w końcu nie ta bajka. Tutaj detektyw Krauz ma żonę (żyjącą) i córeczkę. Nie nazwałabym go facetem idealnym pod względem rodzinnym, ale z pewnością jest do niej przywiązany. Detektyw Krauz jest bowiem przede wszystkim człowiekiem dążącym do celu, który ponoć uświęca środki. Aby rozwikłać zagadkę szkieletu znalezionego na cmentarzu, zrobi naprawdę sporo.


Tropy, dotyczące odkrytego ciała, prowadzą do tajemnic związanych z Kościołem i komunistyczną policją. Obie strony nie chcą wyjaśnić zagadki śmierci znalezionego człowieka. Okazuje się, że mogą zapłacić za to słoną cenę. Tajemnice, obdrapane ściany, resztki komunizmu wyłażące zza rogu, brud ulic i żółtawy kolor filmu doskonale tworzą klimat. Klimat, który niszczony jest przez dziwne efekty rodem z filmów akcji Hollywood.

Film zasługuje na obejrzenie, gdyż mimo wad, ogląda się go przyjemnie. Jeśli przymknie się ucho na dubbing, oczywiście. I nie ma co porównywać Czerwonego Kapitana do któregokolwiek filmu o Bondzie. Z kina wyszłam na wpół rozbawiona, na wpół zachwycona - a takie emocje lubię.

_____________________
Pozdrawiam,
Zielona Małpa