Zielona Małpa: Zostało mi pięć miesięcy...

poniedziałek, 6 lutego 2017

Zostało mi pięć miesięcy...

Być może moje wyznania nie będą tak szokujące jak tytuł. Być może wyłączysz tego bloga, bo stwierdzisz, że to nie dla ciebie. Być może te przemyślenia sprawią, że pomyślisz, że kolejna kobieta z depresją wypisuje głupoty w Internecie. Być może nakrzyczysz na mnie, że stosuję click bait. Ale dziś po prostu muszę się wygadać. Nie bijcie!


Z góry uprzedzam, że nie planuję za pięć miesięcy zejść z tego świata i depresja mi nie grozi. Dzień jak co dzień. Po prostu w życiu jest czas na radości i czas na smutki. A że ze smutkami często łączą się głębokie przemyślenia, postanowiłam, że przeleję je na klawiaturę.

Koniec mojego życia

Za pięć miesięcy nie skończy się moje życie. To znaczy, w pewnym sensie się skończy. A konkretnie - obecne życie. Przede mną ostatni semestr studiów, kilkanaście tygodni studiowania i mieszkania na stancjach. Wszystko ma swoje plusy i wciąż je dostrzegam, doceniając obecny stan rzeczy. Jednak, jak to w życiu bywa, przychodzi czas na ch-ch-changes.

Za pięć miesięcy wszystko się zmieni. Inżynier Zielona Małpa prawdopodobnie zostanie magistrem inżynierem Zieloną Małpą, skończy w ten sposób studia, a co za tym idzie, zacznie to dorosłe życie, o którym wszyscy tak trąbią. Sama przekonam się, czy rzeczywiście jest takie szare, bure, i trudno znaleźć w nim kolory, a zielony to w ogóle biały kruk. Bo dorosłe życie nie zaczyna się wraz z osiemnastką. Ono zaczyna się wtedy, gdy przejmujemy od rodziców pełną odpowiedzialność za nas samych. A czy jest coś gorszego niż odpowiedzialność? I dla jednych będzie to osiemnastka, dla innych trzydziestka, a dla niektórych sześćdziesiątka (ponoć takie legendy istnieją).


Strach przed zmianami?

Nauczyłam się nie bać zmian. Kiedyś każde wejście w nowy etap wpędzało mnie w stan przeddepresyjny. Tak miałam pod koniec gimnazjum i tuż przed pójściem na studia. Wielotygodniowy stres spowodowany strachem przed nieznanym. I spróbuj mi wytłumaczyć, że przede mną robiły to miliony ludzi... Ten fakt w ogóle do mnie nie dochodził. Jakby ktoś zbudował ścianę wokół tej części mózgu, która odpowiedzialna jest za przyjmowanie informacji.

Nauczyłam się jednak wychodzić poza strefę komfortu i przeżyłam kilka dużych zmian, nie tylko związanych ze szkołą, ale także z przyjaźnią, miłością i moim podejściem do rzeczywistości. Wiem więc, że strach jest uzasadniony, ale lepiej poświęcić czas na docenienie tego, co mam teraz. W końcu tak rzadko patrzymy na swoje życie i stwierdzamy - w sumie jest dobrze! Przeważnie kręcimy nosem na wszystko.

Za pięć miesięcy...

Za pięć miesięcy zamieszkam z moim chłopakiem. To dopiero powód do zmartwień, bo jak my się utrzymamy? To chyba tak naprawdę jedyny przerażający aspekt nadchodzących zmian. I przypomina mi to, aby po raz sto pięćdziesiąty szósty zerknąć na moje CV i przesunąć ten cholerny pasek pół milimetra w lewo, bo przecież jestem inżynierem, próbującym znaleźć inżynierską pracę i potencjalny pracodawca z pewnością przyjmie mnie przez estetykę mojego życiorysu, a nie przez moje wykształcenie, doświadczenie i umiejętności (i te niesławne znajomości). Nie wspominam już nawet o tym, jak my ze sobą wytrzymamy (i ile). Nasłuchałam się wielu strasznych historii na temat rozpadania się związków po zamieszkaniu razem. Ale wiecie co? Nasłuchałam się tyle samo złych historii o związkach ze streamerami (a z takim stety/niestety jestem) czy facetami w ogólności. A jakoś trwamy razem jak... no cóż, małpa i kruk (zbyt wiele do wyjaśniania).

Za niecałe pięć miesięcy będę na etapie gorączkowych poszukiwań mieszkania przyzwoitego, taniego i korzystnie zlokalizowanego. To kolejny aspekt, który wzburza mój spokój. Wiadomo, że na początku trzeba iść na kompromisy z samym sobą, godzić się na mniej, na trochę gorsze, żeby potem wszystko wybudować od podstaw. Problem w tym, że ja nie bardzo mam ochotę na te kompromisy. Chciałabym wszystko tu i teraz, i w najlepszej jakości. Ale na początku są one po prostu nieuniknione.

Strach z ekscytacją, wstrząśnięty, nie zmieszany

Są też rzeczy, na które niezmiernie się cieszę. Przede wszystkim na uregulowanie mojego trybu życia. O tym będzie osobny wpis już niedługo. Teraz śpię nieregularnie, jem nieregularnie, piszę na blogu nieregularnie (ciekawe, dlaczego?), czytam nieregularnie, odpoczywam nieregularnie (bywa, że przez jakiś czas wcale). I jak tu zdrowo żyć?

Perspektywa zamieszkania z moją drugą połówką tak samo mnie cieszy, jak przeraża. I z jednej strony chcę by to nastąpiło jak najszybciej, a z drugiej chciałabym to odwlec. Takie problemy pierwszego świata. 

Nawet obrona wydaje się pikusiem w porównaniu do rzeczy wyżej wspomnianych. Bo wiecie, na nią da się przygotować. I jak to ostatnio ktoś na grupie Politechniki napisał: 20 minut wstydu, a tytuł na całe życie. I choć w rzeczywistości wygląda to zdecydowanie inaczej, jest w tym jakaś prawda. Ziarno prawdy - rzekłabym (a kto nie śledzi mnie na Instagramie, niech wie, że to najbliższa powieść, jaką tu zrecenzuję).

Już nie boję się zmian, a przynajmniej nie tak jak kiedyś. Jasne, wzbudzają one we mnie niepokój, ale też ekscytację. I moje obecne odczucia są sumą tych dwóch emocji. Każdego dnia przeważa inna.

Miałam więcej do napisania. Kiedy wracałam dziś pociągiem do Wrocławia, napisałam w głowie cały wpis, który powaliłby każdego na łopatki i przygniótł obcasem. Niestety, życie jak zwykle spłatało mi figla i zamiast miazgi wyszła paplanina.


Jeśli trafiłeś na mojego bloga przypadkiem, zachęcam do polubienia fanpage'a na Facebooku, gdyż w najbliższym czasie zorganizuję konkurs, w którym będzie można wygrać fajne książki. A to najłatwiejszy sposób, aby być ze mną na bieżąco.

P.S. Wpis powstał w niedzielę, 05.02.2017 r. Po prostu musiałam się z nim przespać, żeby nie napisać niczego, czego później bym żałowała.