Zielona Małpa: Czerwony Kapitan, czyli druga randka ze słowackim Bondem?

wtorek, 25 kwietnia 2017

Czerwony Kapitan, czyli druga randka ze słowackim Bondem?

Bratysława. Czerwiec 1992 roku. Ostatnie miesiące istnienia Czechosłowacji. Ktoś buduje wieżowiec. Na pobliskim cmentarzu zostaje uszkodzonych kilka grobów. Podczas przenoszenia trumien, jedna z nich upada, obnażając na wpół rozłożone ciało. I czaszkę z gwoździem na środku czoła. Śledztwo przejmuje detektyw Richard Krauz. Dokąd zaprowadzą go tropy?


Kiedy w zeszłym roku wybrałam się do kina na Czerwonego kapitana, nie spodziewałam się, że zobaczę dobry film. Szczerze mówiąc, mało o nim wiedziałam przed obejrzeniem, jedynie, że jest słowackiej produkcji i gra w nim Maciej Stuhr. Widziałam też krótki trailer, z którego wynikało, że... Maciej Stuhr dubbinguje Macieja Stuhra. I to nawet niezbyt dobrze. Jednak po pominięciu tego (istotnego) szczegółu, wyszłam z kina całkiem zadowolona, choć i nieco rozbawiona realizacją niektórych scen akcji. Całą recenzję Czerwonego kapitana możecie przeczytać na blogu. W każdym razie film zachęcił mnie do sięgnięcia po książkę, którą jakiś czas temu wypatrzyłam w bibliotece miejskiej.

Czerwonego kapitana zaliczyłabym do gatunku kryminału zmieszanego z thrillerem. Nie wstrząśniętego (dla kumatych). Najbardziej rzucającym się w oczy elementem powieści jest postać Richarda Krauza - głównego bohatera, detektywa, policjanta, kumpla, męża i ojca (choć tych dwóch ostatnich najmniej). Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy jest on dobrym policjantem, czy nie. Z jednej strony bowiem dąży on do odkrycia całej prawdy o morderstwie Karola Kloknera przed siedmiu laty (to właśnie jego czaszka miała wbity gwóźdź), z drugiej - robi to w sposób niezależny od organizacji, jaką jest policja. Gdyby był dzieckiem, powiedziałabym, że to bardzo nieposłuszny chłopak. Mimo wielu wad, z Richardem Krauzem łatwo się polubić. Przede wszystkim przez jego niezwykłą zdolność kojarzenia faktów, ale także nieugiętość.

Powieść już na pierwszych stronach kieruje naszą uwagę na to, że resztki komunizmu i mające swoją genezę w tym ustroju stowarzyszenia, wciąż są obecne, choć w teorii komunizm przestał w Czechosłowacji istnieć już kilka lat wcześniej. Policja w swoich szeregach także posiada jeszcze "byłych" komunistów. Tropy prowadzą Krauza także do pewnej organizacji kościelnej i starego, schorowanego księdza, który wie więcej, niż mówi.

Przez tę otoczkę komunistyczną i państwa chylącego się ku upadkowi, atmosfera Czerwonego kapitana jest niezwykle ciężka i niepokojąca. Nawet kapitan jest "czerwony". Ale bynajmniej nie przez komunizm. A właśnie! Samego tytułowego bohatera w powieści można szukać i szukać. Pojawia się kilka razy w dialogach, jako element łączący wydarzenia, natomiast "fizycznie" pojawia się dosłownie na chwilę.

Historia Karola Kloknera, jego tortur i śmierci, organizacji, które maczały w tym palce oraz dziwnego metalowego pierścienia, zyskują dodatkowy wydźwięk w tym klimacie, który stworzył Dominik Dán w swojej powieści.

Kto obserwuje mnie na Instagramie i ogląda moje (kulejące) Instastories, wie, że męczyłam się trochę z tą książką. Nie zrozumcie mnie źle - uważam, że Czerwony kapitan to świetna powieść, ale utrudnieniem w czytaniu było dla mnie właśnie to wspaniale wykreowane tło, w którym się nie orientowałam. Osoby obcykane w tematyce układów, tajnych organizacji komunistycznych i kościelnych, z pewnością przebrną przez tę książkę znacznie szybciej. A pozostali po wstępnych problemach, też być może sobie z nią poradzą, a nawet wyciągną trochę wiedzy na temat początku lat 90.

Czerwony kapitan okazał się moim pierwszym podejściem do literatury słowackiej. Mam nadzieję, że okazja do bliższego poznania naszych południowych sąsiadów nadarzy się już niebawem. Tymczasem serdecznie zachęcam do kosztowania literatury z różnych krajów - nigdy nie wiadomo, co nam się spodoba.