Zielona Małpa: Złodziej pierwsza klasa!

niedziela, 7 maja 2017

Złodziej pierwsza klasa!

Na starym blogu, który zablokowałam, żeby nikt nie czytał tych wypocin, pisałam kiedyś o najdziwniejszych kradzieżach, jakie udało mi się znaleźć, a jedną nawet w pewnym sensie doświadczyć. Ostatnio raczę cię, drogi Czytelniku, przede wszystkim treściami kulturalnymi. Ale czasem czuję potrzebę oderwania się od książek i seriali, więc dziś coś, co leży z dala od kultury.


Co można ukraść? Ponoć można marzenia. Z pewnością pieniądze i prywatne kolekcje biżuterii. Obecnie szczególnie chamskie, ale też nie rzadkie, są kradzieże tożsamości, co i tak na pewnej płaszczyźnie sprowadza się do pieniędzy. Najdziwniejsze kradzieże to jednak te, w których ciężko określić realny zysk, albo przynajmniej cel. 

Kreatywność ponoć jest w cenie

Tak przynajmniej uważa większość społeczeństwa, skoro w CV wśród umiejętności umieszcza to jedno słówko. Kreatywności z pewnością nie brakowało człowiekowi, który ukradł 7,5-metrową latarnię w Łodzi. Betonową, więc nawet na złomie by jej nie sprzedał. Z tego, co widzę, latanie dość często stają się łupem złodziei. Być może cierpią oni na ciemnotę i w ten sposób próbują ulżyć sobie w przypadłości?

W Białogardzie natomiast pewien mężczyzna pokusił się na... most. Pojęcia nie mam, jak wyglądał sam proces kradzieży, bo most ważył 10 ton i liczył sobie 17 metrów. Mam wrażenie, że złodziej nie działał tu w pojedynkę. I wiecie, co w tym wszystkim jest najciekawsze? Sam most, jako element infrastruktury miasta, wart był 64 tys. złotych, a mężczyzna sprzedał go na złomie za 8 tys. Trochę nie do końca udał mu się ten interes. A mógł zaszantażować miasto okupem. Wspomnę też o kradzieży mostu w Rosji. Mostu ważącego 200 ton. Zniknął w jedną noc.

Pomijając całą masę różnych innych ciekawych kradzieży, na szczególną uwagę zasługuje plaża. Bo tak, ktoś ukradł plażę. Ta historia jest jednak odrobinę smutna. Na Węgrzech, które nie mają dostępu do morza, zorganizowano sztuczną plażę ku uciesze okolicznych mieszkańców. Jako, że było to sztuczny twór, piasek, leżaki i budki zostały na zimę schowane, aby i w kolejnych latach Węgrzy mogli cieszyć się plażą. Całą radość ostudził fakt, że wszystko zniknęło i magazyn został w niewyjaśnionych okolicznościach opróżniony. Na co złodziejom 6 tys. metrów kwadratowych plaży?

Nieco przerażającą kradzieżą mogą pochwalić się Niemcy. Tam bowiem zginęła ciężarówka z osoczem. Na co komu 11 ton ludzkiego osocza? Nawet wampiry się tym nie najedzą, bo przecież preferują krew. Osocze traktują jak odpadki, a w końcu nie zniżą się do poziomu jedzenia śmieci. Cel tej kradzieży pozostaje więc tajemnicą.


Bliższe mi kradzieże dotyczą... jedzenia


Przejdźmy do najdziwniejszych kradzieży, jakich doświadczyłam ja sama, albo osoby, które znam osobiście.

Pamiętam, jakby to było wczoraj, jak śmiałyśmy się ze współlokatorką z kradzieży zupy w jej rodzinnym mieście. Sytuacja wyglądała następująco: kobieta ugotowała rosół (przepyszny, w co nie wątpię), garnek, wraz z zawartością wystawiła za okno, żeby zupa wystygła. Kiedy zawołała męża na obiad, okazało się, że garnka nie ma. Zupy też. Bawi mnie komentarz nadkomisarza, znaleziony w Internecie - Zupy, zakładamy, że nie odzyskamy, ale garnek - jest szansa.

Coś jest na rzeczy z kradzieżami jedzenia, bo nawet moja rodzinna miejscowość stała się jej ofiarą.

Był to rok 2006, koniec czerwca, pierwszy dzień wakacji. Pamiętam sytuację, jakby zdarzyła się wczoraj. Podniesiona na duchu zaczynającymi się dwoma miesiącami wolności, skończeniem szkoły podstawowej i ogólnie latem, zostałam obudzona przez oburzoną babcię. Biegała po domu, zadając wszystkim nieco idiotyczne pytanie - Czy zjadłaś wszystkie kiełbasy? Wyobraźcie sobie moją głupią minę mówiącą mniej więcej "co do diabła?!" Po wstępnym otrząśnięciu się z szoku, odpowiedziałam, że jasne, że to nie ja. Byłam niejadkiem, szczególnie w kwestii kiełbas. Dziś szczególnie cenię sobie dobre szynki, czy swojskie wędzone, ale nie o tym dziś mowa. Babcia autentycznie podejrzewała mnie o zjedzenie kiełbasy, więc coś było na rzeczy. I było. W nocy z lodówki zniknęły wszystkie wyroby mięsne.

Ktoś może uznać, że tragedii nie ma, w końcu to tylko kilka plasterków szynki i może jakieś frankfurterki. Prawda okazuje się nieco mocniejsza. Tego dnia oczekiwaliśmy przybycia rodziny z Niemiec. W związku z tym lodówka w poprzedni wieczór ledwie domykała się od mięsnego przepychu. Bo byle czym to rodziny się nie wita. Ktoś ukradł więc całą masę kiełbasy. No cóż.

Tej samej nocy w całej wsi w losowych domach poznikało jedzenie. Złodziej jakimś cudem włamał się do niektórych budynków i kradł, co akurat spodobało mu się najbardziej. U nas trafiło na kiełbasy, u sąsiadów na tort urodzinowy. I wszędzie tylko jedzenie.

Złodziejem okazał się autostopowicz, którego podrzucił jeden z mieszkańców mojej wioski. Taka wdzięczność za dobry uczynek? Mam nadzieję, że cierpiał potem na wielodniową zgagę i nudności.

Także ten, nic nie jest bezpieczne przed złodziejami. W pewnym urzędzie zniknęło sporo desek klozetowych. Gdzie indziej cała masa papieru toaletowego. Aż chce się powiedzieć: gówniana sprawa. Myślę, że te dwie sprawy są powiązane. Nie tylko tematycznie.

Ale kradzieże już takie są - do dupy.

Źródła:
Najdziwniejsze, najgłupsze i najbardziej zuchwałe kradzieże - Wiadomości24
Kradzież zupy? Poważna sprawa dla sądu - TVN24