Zielona Małpa: O tym, jak zmarnowałam siedem lat...

poniedziałek, 26 czerwca 2017

O tym, jak zmarnowałam siedem lat...

Zmarnowałeś mi siedem lat życia. Siedem lat, które mogłam poświęcić na zbudowanie trwałego i doskonałego związku. Siedem lat, które mogły być najpiękniejszym czasem w moim życiu. Siedem lat, które okazały się chudymi.


Pamiętam dzień, kiedy cię poznałam. Słoneczny letni dzień, bez deszczu i bez jednej chmury na horyzoncie. Piękny letni dzień jak z obrazka. Wraz z koleżanką chodziłyśmy po wiosce, jak co roku w wakacje, dyskutowałyśmy takie problemy egzystencjalne, jak beznadziejny wybór chłopaków na wsi czy w szkole. Druga klasa liceum nie sprzyjała mi w tych kwestiach. A może właśnie było odwrotnie?

Skakałyśmy po tematach, żałowałyśmy, że nie należymy do żadnej z paczek, które widywałyśmy na boisku pod starą szkołą, rozmawiałyśmy o mojej byłej przyjaciółce, która nadal przyjaźniła się moją rozmówczynią. Dość bolesne przeżycia i nie do końca zrozumiałe zerwanie więzów. Nie lubię o tym mówić. Tego dnia moja koleżanka poznała mnie z tobą.

Dość długo wstrzymywałam się przed zbliżeniem się do ciebie, bo wiedziałam, że ten związek może skończyć się tylko w jeden z dwóch sposobów. Albo rozstaniemy się w pokoju, za obopólną zgodą szybciej, albo będziemy drążyć nasze relacje, aż wzajemnie zniszczymy się i żadne z nas nie będzie na końcu przypominało siebie z początku. I znienawidzimy się na wieki. Pewne było tylko to, że nie będzie to związek "aż do grobu". Oboje to wiedzieliśmy, a jednak zbliżyliśmy się do siebie dość szybko i muszę przyznać, że na początku nie potrafiłam bez ciebie żyć. Taki miesiąc miodowy.

Byłeś... jesteś skomplikowany i cholernie złożony. Od samego początku. Nigdy nie mówiłeś mi wszystkiego. Nie wiem jednak, czy gorsze były twoje tajemnice, czy to, że wciąż mnie nimi drażniłeś.

 Pokażę ci coś. - mówiłeś. Ale nigdy nie miałeś zamiaru pokazać mi wszystkiego. Zawsze tylko te cholerne kawałeczki prawdy. Czy taki związek ma jakikolwiek sens? Związek oparty na kłamstwach i udawaniu szczerości?

Na początku to lubiłam. Byłeś moją prywatną enigmą. Zagadką do rozpracowania. Jednak z czasem pozostała mi tylko frustracja pomieszana z przywiązaniem. Dziś jednak zauważam, że jedyną wymierną korzyścią z naszego związku było to, że pomogłeś mi nauczyć się angielskiego. I za to będę ci zawsze wdzięczna.

Nigdy nie mogłam się pogodzić z tym, że się ciebie wstydzę. Od samego początku. Mało kto wie o naszym wieloletnim związku. Mało kto domyśla się, ile z tobą przeszłam. Najtrudniejsze jednak okazało się pogodzenie się z tymi sprzecznymi uczuciami. Miłość i nienawiść, wstyd i ochota wykrzyczenia na głos emocji. Ty i ja.

Noce spędzone z tobą były wspaniałe. Sami dwoje w moim pokoju, w tajemnicy przed rodzicami. Sama nie wiem, jak udało mi się ciebie wpuścić tyle razy bez ich wiedzy. I jakim cudem nigdy nas nie nakryli. Ale pamiętasz? Kilka razy było blisko. Za blisko. Miałam siedemnaście lat i spędzałam z tobą noce. Dziś praktycznie stoję o krok przed moimi 24. urodzinami i wciąż nie potrafię w pełni wyrzucić cię za drzwi.

Teraz każde spotkanie z tobą poprzedzone jest wewnętrznym zagotowaniem ze złości, frustracji i zawiedzionych oczekiwań. Śmieję się, ale nie z twoich żartów, ale z tego, jak żałosny czasem jesteś. Skończyły ci się pomysły na urozmaicenie swojej już i tak zbyt skomplikowane osobowości.

Mam tego dość i dlatego dziś piszę do ciebie ten list. Mam dość zawiedzionych nadziei i zszarganych nerwów. Na szczęście zgodziłeś się odejść. W środę zobaczymy się ostatni raz. Tym razem spotkanie potrwa trochę dłużej. Wiem to. Obiecuję, że pojawię się na czas. Wyjaśnimy sobie wszystko. A mówiąc "wszystko" mam na myśli WSZYSTKO. Jeśli nie, znienawidzę cię do szpiku kości. Choć tobie to i tak obojętne...

Siedem lat temu przedstawiła mi cię koleżanka. Siedem lat poświęciłam na poznanie cię. Siedem lat oglądałam cię na ekranie i do dziś nie wiem, co mnie w tobie tak przyciągnęło. Wątek i tajemnice? Dokładnie wiem za to, co sprawiło, że zacząłeś mnie odpychać. Zbyt dużo wątków i zapominanie o większości z nich. Po drugim sezonie zrobiłeś się nie do wytrzymania, z każdym odcinkiem stawałeś się coraz gorszy i mniej spójny. Próbowałam cię rozpracować, ale poszlaki, które mi dawałeś prowadziły do sprzecznych wniosków. Nawet metody Sherlocka nie pomagały.

Cieszę się, że w tym tygodniu pożegnamy się na dobre, bo ta historia powinna skończyć się dawno temu. W innych warunkach i innym wszechświecie. Twój finał już w tym tygodniu i jedyne, bo mogę powiedzieć, to całe szczęście!

Niektórzy ludzie nie lubią pożegnań. Ja też nie lubię. Ale tym razem nie mogę się doczekać, aż powiemy sobie ŻEGNAJ zamiast DO ZOBACZENIA ZA TYDZIEŃ. Aż nas związek bezpowrotnie się skończy.

Siedem lat, kurka wodna. Mało który serial trzyma poziom po drugim sezonie. Tobie się nie udało.

Do zobaczenia w środę.
Zniecierpliwiona,
Zielona Małpa
***

W rzeczywistości nie uważam, że zmarnowałam siedem lat na ten serial. Przez większość czasu w miarę dobrze się bawiłam. A nawet, jak akurat serial trochę przynudzał, mogłam poczytać niezbyt przychylne opinie i pośmiać się wraz z resztą gawiedzi.

List ten jest skierowany do serialu Słodkie kłamstewka, czy też po angielsku Pretty Little Liars. Żeby nie było wątpliwości. Wydaje mi się jednak, że każdy miłośnik seriali znajdzie własnego odbiorcę do tej wypowiedzi. Każdy z nas zna bowiem to uczucie przywiązania do historii i wieloletniego śledzenia jej, wierzenia, że wszystko ostatecznie skończy się po naszej myśli. Czy to M jak miłość, czy Słodkie kłamstewka, czy też już skończony Buffy, postrach wampirów, wciągają nas w swoje sidła i w efekcie tworzymy z nimi pewnego rodzaju związek bardziej (Słodkie kłamstewka) lub mniej (Buffy: Postrach wampirów) toksyczny. Trochę zazdroszczę tym, którzy nie angażują się tak w seriale. Ja niestety często czuję się osobiście zraniona, kiedy dany sezon, odcinek lub bohater mnie zawodzi.

Trochę dziwnie jest czekać na środę, kiedy to wychodzi ostatni, dwugodzinny odcinek finałowy i później będzie po prostu koniec. Z jednej strony cieszę się, że będę mogła w pełni rzucić się w jakiś inny serial, z drugiej, boję się, że nie dostanę odpowiedzi na wszystkie najważniejsze pytania. Albo, że producenci wymyślą coś równie nierealnego, jak trzy półsezony temu.

Pozostaje mi tylko czekać i próbować nie mieć zbyt dużych oczekiwań (ale jak ich nie mieć, kiedy to zakończenie serialu). Nie oglądałam nawet żadnych materiałów promocyjnych, żeby dać się jak najbardziej zaskoczyć.

I już w środę pożegnamy się na zawsze...